|
|
Blog > Komentarze do wpisu
PRYWATNA WOJNA EVRYLuis Suarez postąpił, jak postąpił i niech jego postępowanie świadczy o nim (nie wiem czy w niedzielę przeprosił z własnej woli, czy został zmuszony). Ale bardziej zawiodłem się naszym kapitanem. W pierwszym odruchu uśmiechnąłem się pod nosem z jego radości po zwycięstwie. Jednak uśmiech szybko mi z twarzy znikł. Bo tak naprawdę jego radość, przesadzona i na pokaz, była efektem jego prywatnej wojny w moim odczuciu. Drużyna tym meczem nie wygrała mistrzostwa, nie pokonała swojego odwiecznego rywala w nieprawdopodobnych okolicznościach, nie wyeliminowała go z żadnego z pucharów. Sam Evra nie strzelił bramki, nawet nie zagrał perfekcyjnie. A jego radość była jakby właśnie któraś z tych rzeczy się dokonała. Pojawiły się pytania: Po co rozjątrzać konflikt? Po co dawać podstawy do wyjścia z twarzą swojemu oponentowi? Gdyby Evra utrzymał swoje nerwy na wodzy, gdyby w normalny sposób fetował zwycięstwo nad Liverpoolem byłby jeszcze większym zwycięzcą. A tak, pozostawił niesmak swoim zachowaniem. W moim odczuciu zachowaniem niegodnym kapitana. I zachowaniem, które w żaden sposób nie rozwiąże sprawy o którą toczył się cały spór. A sam mecz. Masakra. Masakra dokonana na zawodnikach Liverpoolu. W pierwszej połowie należało żałować, że znowu nie umiemy wykorzystać naszej przewagi. Na szczęście początek drugie przyniósł upragnione gole. A gdyby nie błąd Dowda (niewiele ich popełnił w meczu) mógłby być wspaniały hat-trick Rooneya. Szkoda było patrzeć na zawodników Liverpoolu biegających za piłką i nie mogących nic zrobić. Nawet strzelony przypadkowy gol nie natknął ich do skomasowanego ataku. Nie zrobili nic aby wygrać mecz na Old Trafford. Albo lepiej pomyśleć, że United nie pozwoliło im na zrobienie czegokolwiek, aby mogli pomyśleć o wygraniu. Nie pamiętam kiedy ostatni raz stało się to, co wydarzyło się w meczu z Liverpoolem. Znaczy się, że Ferguson nie zmienił nikogo przez 90 minut. Moja siostra powiedziała, że jak tak dalej pójdzie, to SAF zamęczy biednego Scholesa. Niezłą formę ma Rudzielec. Grał chyba w każdym meczu od swojego powrotu. Nie w każdym był zawodnikiem podstawowej jedenastki, ale jednak. Jasne, że można mówić o jego doświadczeniu, umiejętnym ustawianiu się itd. Ale nie zmieni to faktu, że facet wrócił po przerwie, nie trenował z pierwszym zespołem przez długi czas. Wrócił do ligi, o której zawodnicy przychodzący z innych krajów mówią, że wszystko na boisku dzieje się w większym tempie. I nadal jest w stanie wytrzymywać tyle obciążeń. No i muszę złożyć pokłon w stronę Tottenhamu. To, co zrobili z Newcastle było porywające, niesamowite, zapierające dech w piersiach. Meczu na WHL bałem się od dawna. Od soboty boję się jeszcze bardziej. Bo tam może zostać obnażona słabość Evry właśnie, o którego formę martwią się wszyscy od dłuższego czasu. Na dziś nie wydaje mi się, aby nasza obrona była na tyle monolitem, żeby skutecznie przeciwstawić się maszynie stworzonej przez Redknappa. Obym się mylił... poniedziałek, 13 lutego 2012, 2zelenka3
2012/02/13 10:24:50
|